PoMesku.org.pl

Aby móc wypowiadać się na forum należy założyć konto. Jest to w pełni bezpłatne. Dołącz do naszej społeczności już dziś.

darek1234

Rozpad długoletniego związku, proszę o pomoc

Rekomendowane odpowiedzi

Witam, chciałbym podzielić się historią mojego ponad 5-letniego związku. Mam 21 lat, związek rozpadł się już prawie rok temu. Mijają 4 lata związku, ona przychodzi do mnie i mówi mi, że nie wie czy mnie kocha. Właściwie mnie, czy jej przyjaciela. Dałem jej czas na uporządkowanie tego sobie, bez żadnych zbędnych emocji. Pytałem nawet, co ja robię źle, że ma wątpliwości. Ze nic, że jestem cudowny itd ale po prostu potrzebuje czasu. Po jakimś czasie przyszła, powiedziała, że się pomyliła, że to było tylko zauroczenie i że zostaje ze mną. Wyjechaliśmy na studia, nie mieszkaliśmy razem bo to że studiowaliśmy w jednym mieście trochę się rozminęło w czasie, ale każdy weekend spędzałem razem z nią. I nie pamiętam żadnych problemów, dopóki nie napisał do niej kolega z gimnazjum, zapraszając ją na studniówkę (nie zgodziłem się bo była bodajże sesja, z resztą jakoś nie nalegała w ogóle. ) Potem napisał znowu, tym razem jak to bardzo ją kocha i w ogóle. I tu trochę dziwne zachowanie z jej strony, bo mówi mi o tym i pyta się co mu odpisać. No nie wiem, dla mnie było oczywiste, nawet zapytałem się przekornie czy ma u niej szanse. Nawiasem mówiąc znam go i niestety to obleśny cham i prostak o aparycji trolla, więc nie miałem go za żadne zagrożenie. Powiedziała, że nie ma więc po prostu odpisała mu to co powinna, że mnie kocha i żeby nie robił sobie nadziei. Co z tego, dał sobie spokój może z miesiąc i znowu. Od tamtej pory myślałem że ona sama da sobie z tym radę, nie interweniowałem bo nie widziałem sensu, myślałem że skoro idiota w ogóle nie okazuje mi szacunku bo wpieprza mi się w związek bo moja dziewczyna coś z tym sama zrobi. Zrobiła. Pisała z nim coraz więcej. Zaczynało mnie to denerwować oczywiście i mój stosunek do niej chyba się zmienił. Do tej pory praktycznie nigdy się nie kłóciliśmy, uważałem to za po prostu książkowy związek. I nie wiem czy to dlatego że studia, czy może po prostu straciłem cierpliwość do niej, ale zaczynały nam zdarzać się kłótnie. I odnosiłem wrażenie, że im bardziej się kłócimy tym bardziej odpycha mnie od siebie. Nigdy nawet nie podnosiłem na nią głosu,nie mówiąc o krzyczeniu, ale wtedy kilka razy mi się zdarzyło. Ale nigdy bez powodu, raz usłyszałem, że "nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu cię" lub tego typu teksty, albo robienie problemów na siłę, miałem tego po prostu dosyć czasami, jestem tylko człowiekiem. W każdym razie przyszedł czerwiec i zamieszkaliśmy ze sobą na 2tygodnie w moim małym pokoju. Nie wiem czy bała się moich współlokatorów, ale praktycznie nie wychodziła z pokoju i wszystko robiłem ja, to gotowanie, to mycie naczyń, chodzić spać trzeba było kiedy ona chce, to bądź ciszej, zrób masaż, to to, to tamto. Próby rozmowy tak jak i jeszcze wcześniej, tak jak i wtedy nic nie dawały. Zawsze to ja starłem się rozwiązywać problemy rozmową. Chyba tamten okres miała mi najbardziej za złe. Ale przyszły wakacje, mieliśmy razem pracować i co? Na początku wszystko ok, ale oczywiście presja ze strony kolegi z którym już nie tylko pisała, ale odwoził ją z pracy, czasami do pracy, a ja jeździłem sam albo z jej siostrą. Tak wszystko się toczyło, poza pracą praktycznie w ogóle nie spędzaliśmy czasu. Zaczęły się teksty "chciałabym żeby mój chłopak wydawał na mnie więcej pieniędzy" i inne naprawdę bezczelne. Nie wspomnę o tym, że padła propozycja sterylizacji. Tak, nie żartuję. Zaczęła robić prawo jazdy, zaczęły się nocne jazdy z nim, bo pomimo że zrobiłem prawo jazdy rok wcześniej to nie jeździłem i ze mną "boi się jeździć". Nie wspomnę już o porównywaniu mnie do niego czy innych rzeczach.I tu dziwna sprawa, bo pewnego dnia jeszcze raz przyszła do mnie i historia się powtórzyła, znowu nie wie czy mnei kocha, znowu chodziło o tą samą osobę o którą wcześniej, tylko narracja już była trochę inna, w ogóle nie przejmowała się tym. Po kilku tygodniach powiedziała coś o tym, że ją obraził czy coś w ten deseń i że zostaje ze mną. Nie kryła nawet że ją wystawił i że tylko dlatego zostaje ze mną. Czułem się po prostu horrendalnie ale robiłem wszystko żeby ją tylko utrzymać przy sobie. Była dla mnie wszystkim, jedyną osobą której ufałem. Właściwie wtedy już nie ufałem. Nie chcę przeciągać posta, wszystko trwało jeszcze parę miesięcy, wróciliśmy na studia, wtedy to nawet jakoś wyglądało bo studiowaliśmy w innym mieście i miała tylko mnie więc chyba stwarzała pozory, ale i tak często wracała do domu. I rozstanie, w okolicznościach zrobienia mi awantury bo nie te bułki kupiłem co chciała. Ale widać, że przygotowywała się na to długo, bo podziękowała za spędzone lata, powiedziała, że rodzice ją zabiją, że dobrze wychowany, z dobrą perspektywą na przyszłość, bla bla. I że jestem najmądrzejszym człowiekiem jakiego zna.Ale czuje się ze mną głupia i nic nie warta. A i jeszcze, zostańmy przyjaciółmi. I nawet po rozstaniu byłem na tyle naiwny że kupowałem jedzenie, pomagałem z bagażami, odbierałem z dworca jak wracała, ale przez krótki moment. Potem chyba coś w końcu we mnie drgnęło i powiedziałem, że na tę "przyjaźń" należy sobie zasłużyć. Po tym to już w ogóle się nie odzywała. Przyszły walentynki i coś mnie podkusiło, żeby napisać do niej z prośbą o pomoc, że sobie nie radzę. I wtedy powiedziała, że jest z nim, tym kolegą o którym wspomniałem wcześniej. Szok, niedowierzanie, chociaż przecież powinienem się tego spodziewać. Z takim idiotą. 
Przez bardzo długi okres nie widziałem sensu życia, to że z sobą nie skończyłem to chyba tylko wizja tego że moi rodzice by tego nie przeżyli. 
Ale do rzeczy, chciałbym rozwinąć dyskusję, co ja do cholery robiłem źle? Nigdy jej nie uderzyłem, nigdy nie wyzywałem, najgorszym wyzwiskiem było chyba "idiotka" i to może raz, dawno temu. Nie piję, nie palę. Ale czy dobre wnioski wyciągam? Czy faktycznie była ze mną tylko dla wygód, pieniędzy? A jak zaczynałem robić problemy to po prostu dała nogę? Czy dobrze myślę, że powinna wtedy uciąć rozmowę z nim i nie powinna dawać mi podejrzeń?Czy jej zachowanie było po prostu nie fair? Do dziś pamiętam to uczucie wykorzystywania mnie, ale czy było one słyszne. Jestem rozdarty i nie wiem już nic, moja głowa zdaje się to wszystko jakoś usprawiedliwiać, że to wszystko zaczęło się dziać z mojej winy, dlatego chciałbym poznać opinię osób postronnych.

Edytowane przez darek1234

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Mógłbym walnąć elaborat o tym i o tamtym ale w skrócie mógłbym powiedzieć, że nie można być za dobrym dla kobiety - bo znajdzie jakiegoś idiotę, który będzie jej dostarczał coś więcej niż stabilizację (czytaj: nudę). Poza tym nie musiała się wysilać, miała "pieska" na zawołanie. Znasz powiedzenie, że nie szanujemy tego co mamy bez wysiłku? No więc miała wszystko (ciebie, twoje zaangażowanie) bez większego jej wysiłku - to i nie szanowała tego. Dziwisz się co źle zrobiłeś. W sumie trzeba znaleźć wypośrodkowanie pomiędzy brakiem szacunku do kobiety, a totalnym pantoflem. Zasada jest prosta: ona (ta czy inna) musi wiedzieć, że nie będziesz na jej każde zawołanie, że jak odwali jakąś manianę to nie będziesz tego tolerował tylko ją od razu do pionu ustawił (a jak się powtórzy) to zostawił babola w cholerę. A tak? Masz to, na co sobie sam zapracowałeś.

Ale jesteś jeszcze młody i masz wiele czasu na naukę. Na przyszłość nie możesz być facet przylepa.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Tylko że no cholera ja zacząłem wtedy mówić, czego ma nie robić, że sobie nie życzę, czasem podnosiłem głos. Płakała czasami bez powodu, bo nie miałem czasu żeby przyszła do mnie poczekać na autobus na przykład. Czułem się tak, jakbym nie miał prawa być na nią zły. Chociaż próbowałem stawiać granice, ale co miałem zrobić, odejść w końcu? Nigdy bym się nie odważył, za bardzo ją kochałem. Chociaż kilka osób mówiło mi że powinienem walnąć pięścią w stół i powiedzieć, że odchodzę, może to by coś dało. A może nie...  Bo właśnie o to chodzi, jak zacząłem robić problemy to wszystko zaczęło się sypać. Było już za późno na takie rzeczy? Nosz cholera zawsze uważałem że byliśmy zgodni i wiemy na co można sobie pozwolić a tu taki zonk... Gdzie leży granica, między złym traktowaniem a traktowaniem za dobrze?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Poza tym to jest śmieszne, bo to ja mogę powiedzieć, że nudziłem się w tym związku. Od spędzania czasu wspólnego po łóżko, zawsze tak samo, nuda. I zawsze żeby ona była szczęśliwa tak jak ona chce, ewentualnie ja coś miałem wymyśleć, bo ona nie wie. Eh, może ten post był niepotrzebny im więcej o tym myślę tym bardziej zdaję sobie sprawę że dobrze się stało. Tylko ta niepewność przyszłości..

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Zmanipulowała Cię. Robiłeś co chciała, ale to przestało jej wystarczać. Dobrze, że to się skończyło na tym etapie, bo ona i tak by szukała atrakcji u boku innego. Już samo jej odchodzenie i powroty - na tym etapie powinieneś się zorientować i nie pozwolić jej traktować się jak koło ratunkowe. Zapomnij o niej, z tej mąki i tak by nie było chleba.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Hmmm... Wpadłeś pod pantofel, to oczywiste. Chciała z Tobą zerwać, bo po prostu byłeś zbyt nudny, a tamten "troll", może i brzydki, ale czuła się przy nim dobrze.

 

Pytasz, gdzie jest granica dobrego traktowania. Problem w tym, że z tego co piszesz, przesadzasz albo w jedną albo w drugą stronę. Albo odwozisz ją na dworzec po rozstaniu i zachowujesz się jak dobry piesek za każdym razem, gdy ona Cię o coś prosi albo zachowujesz się jak gbur, a to nie oto chodzi.

 

Poruszyłeś szeroki temat i skrzywdzę Cię, jeśli napisałbym Ci tylko w odpowiedzi dwa czy trzy zdania, natomiast zacznij od tego, aby nie latać aż tak bardzo za kobietami i się nie poświęcać, bo nie oto chodzi w związku. Zrobiłeś jej masaż, jedzenie, pozmywałeś. Dalej jej źle? To następnym razem robisz sama i krótka piłka. Oczywiście, to co jest istotne - Nie obrażaj się i nie fochaj, po prostu powiedz z uśmiechem na twarzy, że następnym razem ona coś przygotowuje. Krzyczenie czy właśnie fochanie się pokazuje tylko Twoją słabość, pamiętaj o tym.

 

Na sam koniec - Głowa do góry, wyciągnij wnioski z tego co się stało, prawdopodobnie będziesz miał jeszcze niejeden związek ;)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Wszystko fajnie, tylko właściwie chyba jedynym problemem jest to, że nie uważałem że zasługuję na coś więcej. I jak zacząłem się stawiać, być bardziej stanowczym to był już problem. Chciałem być dobry, bo z drugiej strony nie chciałem też na niej żerować, a z drugiej chciałem tylko żeby wykazała jakąś inicjatywę. I tak było, że jakbym pewnie był stanowczy wcześniej, odeszłaby wcześniej, bo to przecież ja tracę... Wiem, że ten związek nie miał sensu, że to nie było normalne, ale samotność daje we znaki..

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Poza tym w ogóle nie mieści mi się w głowie, jak można być ZA DOBRYM? Ja mam jeszcze wyrzuty sumienia że mogłem zrobić więcej, bo "inni wydają na swoje dziewczyny więcej pieniędzy" etc. I jak tu utrzymać szacunek do siebie skoro pomimo wszelkich starań wszystko w du**ę... Zjadło mnie poczucie frustracji, że nie mogę być taki jakim ona chciała żebym był, ciągłe roszczenia, robienie problemów i to wszystko połączone ze studiami po prostu mnie zniszczyło. Tylko dlaczego do cholery. I dlaczego do cholery wszyscy mówią, że sam sobie jestem winny, to jak ktoś zdradzi wina jest zdradzonego?...

Edytowane przez darek1234

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Moim zdaniem to nie Twoja wina - dziewczyna szukała atrakcji i je znalazła. Po prostu źle trafiłeś i tyle. Nie miałeś na nią wpływu i obojętnie jakbyś sie zachowywał wobec niej, zawsze byłbyś ZA - za dobry, za zły, za nijaki. Ona po prostu by z Tobą nie była, chociażbyś stanął na rzęsach.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
3 godziny temu, darek1234 napisał:

Poza tym w ogóle nie mieści mi się w głowie, jak można być ZA DOBRYM? Ja mam jeszcze wyrzuty sumienia że mogłem zrobić więcej, bo "inni wydają na swoje dziewczyny więcej pieniędzy" etc. I jak tu utrzymać szacunek do siebie skoro pomimo wszelkich starań wszystko w du**ę... Zjadło mnie poczucie frustracji, że nie mogę być taki jakim ona chciała żebym był, ciągłe roszczenia, robienie problemów i to wszystko połączone ze studiami po prostu mnie zniszczyło. Tylko dlaczego do cholery. I dlaczego do cholery wszyscy mówią, że sam sobie jestem winny, to jak ktoś zdradzi wina jest zdradzonego?...

 

 

1. Jeśli słyszysz, że "inni wydają na swoje dziewczyny więcej pieniędzy" to zmień kumpli albo ostrożniej dobieraj sobie partnerki, przemyśl to naprawdę, bo takie zdanie to typowa manipulacja. 

 

2. Poznawaj więcej kobiet. Ewidentnie boisz się samotności(Co jest normalne, jak my wszyscy), ale to wszystko przez to, że do tej pory odciąłeś się od świata i poświęcałeś czas tylko swojej kobiecie, więc nic dziwnego że strata bardzo boli i jeszcze przez jakiś czas boleć będzie. Zadbaj oto, by na przyszłość nie popełnić tego błędu ;)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

No tak, zdaję sobie sprawę z tego, ale ośmieliła się tego typu tekstami walić dopiero jak już nawet nie ukrywała, że jej nie zależy. Tylko właśnie o to chodzi, że nie odgadnę czy to przez tego typa, że zacząłem się stawiać, czy i tak prędzej czy później by do tego w końcu doszło, prawdopodobnie tak.  I tak trwałem przez parę miesięcy nie chcąc widzieć co się dzieje a raczej niedowierzając. Problem też jest taki, że fakt, jestem jeszcze młody ale cały czas czy w szkole czy teraz na studiach w moim otoczeniu są praktycznie same kobiety. I nic, nie wiem może nie chciałem patrzeć na inne, z "wygody" czy jakkolwiek to nazwać. I chyba też z "wygody" zamiatałem wszystko pod dywan, tłumacząc sobie że tak być powinno, że lepszej nie znajdę, że każdy ma wady itd. Dzięki wszystkim za komentarze, na pewno to się przyda, na przyszłość.

Edytowane przez darek1234

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

No właśnie o to chodzi, że czuję się nic nie warty, że moje słabości nigdy nie zostaną zaakceptowane. Chodzi mi głównie o to, że akurat w tamtym okresie, kiedy poszedłem na studia wszystko zaczęło się walić pewnie dlatego, że zacząłem bardzo oszczędzać bo studia kosztują i myślałem, że zrozumie. Zacząłem czuć się wykorzystywany pod każdym względem, mam wyrzuty sumienia, że nie powinienem. I jak prosiłem o to, żeby sama wykazała inicjatywę i zapłaciła chociaż za własne zakupy to bulwers, że ona musi jeszcze płacić.  I to zachciało jej się kwiaty, cały czas przypominając gdzie one są, to pierścionek, bo nic nie dostała na rocznicę i mam jej kupić, bo tak. Tylko co z tego że nasza ostatnia rocznica wypadła akurat w takim momencie sesji gdzie najmniej myślałem o tym, poza tym wtedy właśnie zamieszkaliśmy razem i właśnie wtedy traciłem praktycznie zmysły a ona mi o pierścionkach. A czy ja bym kiedykolwiek zapytał co JA od niej dostałem? I kiedy w ogóle to było? Lata temu. I zawsze to ja miałem być jej oparciem, zawsze musiałem wszystkiego wysłuchiwać, ale kiedy przyszedł MÓJ słabszy moment to nara, do widzenia. Wiem, że mam problemy z samym sobą, ale właśnie przez lata one się pogłębiały, coraz bardziej czułem się jej cieniem i kiedy nawet prosiłem, żeby popracowała ze mną nad moimi słabościami. Bo przecież właśnie po to jest bliska osoba, żeby wysłuchać, pomóc, prawda? Nie, masz być x, masz robić y. Nie wspomnę już o komplementach, miłych słowach. Moje totalne przeciwieństwo, bo czasem wydaje mi się, że z tym przesadzałem, ale jakoś przychodziło mi to naturalnie, po prostu mówiłem co w danej chwili myślę, każdy kto mnie zna mówi mi że nie ma bardziej szczerej osoby ode mnie.  I mówię o tym z perspektywy czasu, bo przecież wpoiła mi, że facet ma być twardy, zawsze i wszędzie. Jak bardzo się zdziwiłem miesiąc po rozstaniu kiedy się widzieliśmy i powiedziała mi, że dobrze wyglądam. I kto tu się czuł się nic nie warty? Naprawdę nie wiem jak wytrzymałem to wszystko i dlaczego nie mogłem powiedzieć sobie dość. Nie wiem, czy to kwestia wiary w siebie, czy za bardzo wszystko wyolbrzymiam, ale nie radzę sobie z tym, ciągle myślę, że nie spotka mnie już nic lepszego, to cały czas wraca a już tyle czasu minęło. Po prostu boję się przyszłości jak cholera... Mam straszną ochotę wykrzyczeć jej to w twarz ( czego oczywiście nie zrobię ), poza tym, po wszystkim i tak się żaliłem w tej sposób, czego teraz żałuję. Oczywiście usłyszałem, że ją obrażam. Ironio losu...

Edytowane przez darek1234

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
21 godzin temu, darek1234 napisał:

Zacząłem czuć się wykorzystywany pod każdym względem, mam wyrzuty sumienia, że nie powinienem.

Intuicja ci dobrze podpowiadała - byłeś wykorzystywany

 

21 godzin temu, darek1234 napisał:

I jak prosiłem o to, żeby sama wykazała inicjatywę i zapłaciła chociaż za własne zakupy to bulwers, że ona musi jeszcze płacić.  I to zachciało jej się kwiaty, cały czas przypominając gdzie one są, to pierścionek, bo nic nie dostała na rocznicę i mam jej kupić, bo tak.

 

Miałeś kobietę mechanika o specjalności blacharstwo ;)

 

21 godzin temu, darek1234 napisał:

NI zawsze to ja miałem być jej oparciem, zawsze musiałem wszystkiego wysłuchiwać, ale kiedy przyszedł MÓJ słabszy moment to nara, do widzenia.

Nie znasz tego powiedzenia, że przyjaciół poznaje się w biedzie?

 

21 godzin temu, darek1234 napisał:

bo czasem wydaje mi się, że z tym przesadzałem, ale jakoś przychodziło mi to naturalnie, po prostu mówiłem co w danej chwili myślę, każdy kto mnie zna mówi mi że nie ma bardziej szczerej osoby ode mnie.

 

Już wiesz jaki błąd popełniłeś.

 

21 godzin temu, darek1234 napisał:

ale nie radzę sobie z tym, ciągle myślę, że nie spotka mnie już nic lepszego, to cały czas wraca a już tyle czasu minęło. Po prostu boję się przyszłości jak cholera...

 

Tutaj jest czas abyś wziął się w garść i powiedział sobie wreszcie prawdę prosto w swoją twarz: TO NIE PRAWDA, ŻE JAK KTOŚ CIĘ ŹLE POTRAKTUJE TO ZNACZY, ŻE JESTEŚ DO D**Y. To ten ktoś jest do kitu i jego zachowanie o nim świadczy (nie o tobie).

 

21 godzin temu, darek1234 napisał:

po wszystkim i tak się żaliłem w tej sposób, czego teraz żałuję. Oczywiście usłyszałem, że ją obrażam. Ironio losu...

 

Nie żal się kobiecie tylko jak już musisz to koledze przy browarku. Jak już musisz z nią pogadać to lepiej ugryź się w język albo zmień stronę ulicy :)

 

Odwagi całe życie przed Tobą. Nie zniechęcaj się tylko wyciągnij wnioski na przyszłość i licz się z tym, że nigdy nie wiesz na co / kogo trafisz więc się nie przejmuj na zapas ;)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Z tym mówieniem co myślę chodziło mi o komplementy, zawsze była dla mnie najpiękniejsza itd. Ale fakt, jak już się trochę tu wyżaliłem czuję się lepiej. Pewnie jeszcze wszystko wróci i znowu będzie w porządku, a potem jeszcze raz ale trudno, może w końcu przestanie. Dziękuję wszystkim z osobna za podtrzymanie na duchu i dobre rady, bardzo dziękuję.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się